BorderlineMary na Facebook'u!

Przyjaźń? Nie, NIC.

Nic.
To słowo chyba można uznać za przewodnie w moim obecnym stanie.
Nic mi się nie chcę, niczego nie chcę, na nic nie mam ochoty.
Miałam iść na rower, nawet się ubrałam, ale właściwie to nie umiem wyjść z domu.
Miałam wziąć prysznic, bo już dwa dni nie brałam, ale nie umiem się zebrać.

Wysłałam mojej siostrze nagranie Dwubiegunovej - czego nie powie wam osoba w depresji. Zaznaczyłam, że chodzi przede wszystkim o fragment od minuty 6:50.


Dokładnie tak czuję się w dołku. Kiedy później zapytałam czy to odsłuchała powiedziała, że tak i jest to bardzo smutne, ale to myślenie życzeniowe, bo nikt nie będzie się domyślał bez komunikatu. To prawda. Może po prostu trzeba pogodzić się z tą nieznośną samotnością w depresji. Z tym nic.

Po ostatniej hipomanii w końcu uwierzyłam, że rzeczywiście mam chorobę afektywną dwubiegunową. Przeszłam z etapu zaprzeczania do etapu gniewu.

"Oto 5 etapów żałoby:

ZAPRZECZENIE – Nie, to nie może być prawda. To na pewno jakaś pomyłka.
GNIEW – Za co to spotyka akurat mnie? Są na tym świecie gorsi ludzie, którzy na to zasłużyli.
TARGOWANIE – Jak bardziej o siebie zadbam, to może się poprawi. Jak będę się więcej modlił, to wyzdrowieję.
DEPRESJA – To wszystko nie ma najmniejszego sensu.
AKCEPTACJA – Teraz już nic nie zmienię, muszę się pogodzić z losem."
źródło: Psycholog Pisze

Chciałabym mieć w kimś wsparcie, a zorientowałam się, że wokół mnie nie ma nikogo. Każdy jest zajęty swoim życiem. Przyjaciółka od momentu diagnozy się ode mnie oddala. Być może to moja wina, nie wiem. Mam do niej żal, bo gdy zerwał z nią facet to ja (pomimo tego, że byłam wtedy w najgorszej depresji w moim życiu) ją wspierałam, a gdy ja zerwałam z Uwodzicielem - nie mogłam na nią liczyć. Pomimo tego, że jasno i wyraźnie poprosiłam ją o spotkanie - nie doszło do niego. Gdy zadzwoniłam do niej zapłakana po zerwaniu zapytała czy jeśli będzie bardzo źle to pojadę na izbę przyjęć. Kiedy już się pozbierałam i postanowiłam spotkać się z K., po którym to spotkaniu czułam się cudownie, zadzwoniłam do niej, aby podzielić się moją radością. Zamiast cieszyć się razem ze mną zaczęła zbijać mój entuzjazm. Zadawała pytania zupełnie niezwiązane z tematem, typu jak sobie wyobrażam swoje życie, do czego zmierzam, czy nie przeszkadza mi, że on jest niewierzący. Na nic zdały się tłumaczenia, że po prostu spotkałam kogoś z kim się świetnie rozumiem i się tym cieszę nie wybiegając w żadną przyszłość ani niczego dalej nie planując. Po prostu chciałam się podzielić radością, która mnie spotkała. Mam w sobie poczucie krzywdy, bo kiedy ona jest rozentuzjazmowana to nawet jeśli mam jakieś wątpliwości co do jej radości, staram się być delikatna. A ja jej zachowanie odczytałam tak, że kiedy jest mi źle to mi nie pomoże, a kiedy jest mi dobrze to nie podzieli tej radości ze mną. Tak, moje stany smutku i radości są często wynikiem choroby i ona zapewne patrzy na mnie przez jej pryzmat, ale sorry - taka jestem. To, że jestem chora nie znaczy, że trzeba mnie traktować z dystansem.
Powinnam z nią o tym porozmawiać, ale nie umiem się do tego zebrać.

Czuję się bardzo samotna, a równocześnie nie mam ochoty nikogo widzieć.

Komentarze

  1. Mary, trzymaj się. Niestety bardzo dobrze wiem o czym piszesz. Już nie raz przekonałam się o tym, że ludzie po prostu nie rozumieją. Niektórzy twierdzą, że nie rozumieją tylko zdrowi. Niestety- bywa, że chorzy też nie potrafią nawzajem się zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoja siostra dobrze prawi. Wyobrażasz sobie siebie wspierającą gdyby ona chorowała? Czy naprawdę byłabyś tak gotowa do wspierania a w dodatku dawalabys jej to czego ona rzeczywiście potrzebuje i chce? Ja nie umiem nikogo wspierać i choroba nie dała mi żadnej supermocy w tym zakresie. Jak mamy problemy to one z nikąd się nie biorą. Nasi najbliżsi też muszą je mieć więc jak mają nam pomóc? Płyniemy na tej samej dziurawej łódce. Granice między zdrowiem a choroba są tu bardzo względne. Wszyscy są samotni tylko my sobie z tą samotnoscia nie radzimy i żądamy od innych że nam ulżą. A tej ulgi nie da nam nikt z zewnątrz. Wiec mamy sporo o to pretensji zamykamy się jeszcze bardziej w sobie i jeszcze trudniej nam pomagać. Mój mąż wspiera mnie jak potrafi poza nim nikt. No trochę pomagają mi terapie. Ale też przestalam oczekiwać od mojej rodziny czy przyjaciół oczekiwać "czegoś". Biorę co dają a najbardziej mi pomogą jeśli dadzą mi spokój. Cokolwiek zrozumiałam kiedy mój mąż zaczął też chorować na depresję. A ja nie tylko go nie wspieram a jeszcze mu dokladam swoją bezradnością rozpaczą rozchwianiem awanturami agresja autoagresja obwinianiem. Jest mu po prostu cholernie ciężko. Nie jest tak łatwo być zdrowym. Myślę że naszym bliskim od nas też coś się należy a nie tylko nasze kaprysy. Rodziny się nie wybiera ale można wybrać przyjaciół partnera i ułożyć tak relacje żeby było lepiej i zdrowiej dla wszystkich żeby dostać więcej niż w rodzinie ale nigdy wszystko. No i ciągle walczyć. Inaczej po prostu będzie tylko destrukcja wcześniej czy później.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję, że chcesz się ze mną podzielić swoimi przemyśleniami!

Popularne posty